CHŁOPI

„Chłopi”, reż. DK Welchamn, Hugh Welchman, muzyka L.U.C. (110 min.)

Na tle zmieniających się pór roku i sezonowych prac polowych rozgrywają się losy rodziny Borynów i pięknej, tajemniczej Jagny. To właśnie kobiety, w szczególności tragiczna postać Jagny, znajdą się w sercu fabuły. Unikalny mikroświat wiejskiej wspólnoty stanie się pretekstem do opowiedzenia uniwersalnej i niesamowicie aktualnej historii. Historii o tragicznej miłości i życiu w małej społeczności, gdzie reguły i brutalne zasady gry wyznaczają każdemu określone miejsce w grupie, a wyjście poza ciasne ramy grozi upokorzeniem i odrzuceniem.

 

 

RECENZJA ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO

ZŁOCISTY MIÓD PROMIENI

„CHŁOPI”

Reż. DK Welchamn, Hugh Welchamn

Boryna i Jagna, od Wielkanocy po Boże Narodzenie. Pory roku, zmienność pór i prawideł. „Jesień bardzo była wiary-godna” (to z wiersza Stachury „Po ogrodzie niech hula szarańcza”), zima jest mehofferowsko-wyczółkowsko-boznańska. Wiosna w Lipcach – „Młode jeszcze gałęzie tężą się pokrótce” (z wiersza Leśmiana); zima – „Na chmur ciemnych spiętrzone pnie się śniegu szumiąca wełna” (Krzysztof Kamil Baczyński). Wreszcie lato, Ginczanka: „Na talerzu szarym ziemi, malowanym w zieleń trawy / Mam sałatkę, przyrządzoną z kwiatów wonnych i jaskrawych, I z naczynia w kształcie słońca, które formy swej nie zmieni, Leje lato na nie ciepły i złocisty miód promieni”.

Reymont w etnograficznym fresku, „Chłopach”, opisał zmitologizowaną wizję polskiej wsi. Zmitologizowaną nie znaczy wcale nieprawdziwą. Ponieważ to jest naprawdę świetna literatura, nie ma w niej cepeliady, która chwilami raziła w serialowej, skądinąd aktorsko absolutnie wybitnej wersji Jana Rybkowskiego z 1973 roku (Krakowska, Gogolewski, Hańcza). To są prawdziwe, mocne portrety osadzone w brutalnych okolicznościach. Piękno jest dla cudzych oczu, przyjezdnych, turystów, tubylcy piękna nie dostrzegają. To również jeden z kluczowych wątków powieści. Ukazanie siły przyrody skontrastowanej ze słabością – ale też i siłą – charakteru ludzkiego.

I dlatego decyzja o powstaniu animowanej, pełnometrażowej wersji „Chłopów” w wykonaniu duetu, który zachwycił „Twoim Vincentem”, była tak elektryzująca, ale zarazem niebezpieczna. W „Vincencie” siłą filmu była innowacyjna forma, namalowanie filmu jak gdyby pędzlem Van Gogha, ale co zrobić z „Chłopami”? Tam jest przecież bardzo mocna fabuła, mroczne charaktery, które nawet w serialu wydawały się niedostatecznie pokazane. Jak tyle namiętności pomieścić w jednym, stuminutowym seansie?

Myślę, że się udało. Ciekawie można zestawiać teraz „Chłopów” z „Twoim Vincentem”, także dlatego, że to dwa zupełnie inne filmy: w „Chłopach” idziemy za fabułą, owszem stylizowaną na malarstwo romantyczne, impresjonistyczne i realistyczne, ale faktura obrazowa dopowiada tylko wspaniałą historię (w „Vincencie” pełniła rolę wiodącą). Reymont w tym układzie wydaje się głównym triumfatorem. Pisarzem współczesnym, antycypującym tematy, które z polskiej, XIX-wiecznej wsi przenikają do teraźniejszości.

***

Sándor Márai w „Księdze ziół” pisał o niefrasobliwości człowieka. Nie można być pewnym: co zrobi, jak się zachowa. Zioła są przewidywalne, rośliny, niektóre zwierzęta – ale nie ludzie. Bywają okropni, zawodzą, najmilsi stają się dzikusami. Na tym polega siła „Chłopów” – tych literackich i tych filmowych. To są bohaterowie nieprzewidywalni, namiętni, niekonwencjonalni. Wyjątkowość literackiego, a teraz już także filmowego zamysłu polegała także i na tym, że tacy bohaterowie w tak zwanej wielkiej literaturze zdominowani byli przez arystokrację, mieszczuchów, ludzi wykształconych i pewnych siebie, tymczasem Reymont pokazał ich w głębi polskiej wsi.

Okazali się ciekawsi niż miejscy odpowiednicy.

To przecież cała plejada wyjątkowych typów ludzkich. Boryna, Jagna, Mateusz, Hanka, organiścina, Jaś. Każdy z własnym charakterem, pasją, także z furią. Aktorzy, którzy po pięćdziesięciu latach zmierzyli się z klasyczną wersją Rybkowskiego, nie mieli łatwego zadania, a jednak wyszli z wyzwania obronną ręką. Stworzyli kreacje osobne – napisałbym „jak malowane”, gdyby to nie był to swego rodzaju pleonazm. Bo oni właśnie zostali namalowani.

Mirosław Baka – Maciej Boryna. Postać niejednoznaczna, mocarna a zarazem przejawiająca wiele dobrej woli, charakterologicznie rozwibrowana. Mało doświadczona Kamila Urzędowska jako Jagna. Nie, nie prekursorka feminizmu, to nie ta postać, raczej ofiara mimo woli. Jedynym grzechem Jagny było to, że nie pasowała. Była inna. Od początku do końca. Nie chciała się wpasować w konwenans, być jak tamci, jak rodzina. To zawsze kosztuje, w przypadku tej dziewczyny, cena okazała się wyjątkowo wysoka. Jeżeli jednak już jakąś postać można by traktować jako prekursorkę feminizmu w „Chłopach”, byłaby nią Hanka Borynowa, żona Antka, grana świetnie przez Sonię Mietielicę. Kobieta silna i przedsiębiorcza, inteligentna i zaradna, beznadziejnie zakochana, ale i widząca swoją rolę szerzej niż opiekunka ogniska domowego. Kto wie, czy to nie nieoczekiwanie najciekawsza postać w całym filmie?

Robert Gulaczyk zagrał Antka Borynę – i, podobnie jak w „Twoim Vincencie”, zachwycił Mnogością użytych środków. Wyłamuje się z konwencji grania macho. Antek to mężczyzna zakochany i mężczyzna złamany. A jedno staje się spoiwem drugiego.

Na drugim planie ciekawe role stworzyły Sonia Bohosiewicz jako wójtowa, Ewa Kasprzyk jako wieloznaczna Dominikowa, matka Jagny, a wreszcie Dorota Stalińska – Jagustynka. To niewielka rola, w serialu grała ją wielka Barbara Ludwiżanka, ale w scenach, w których pojawia się w filmie obsadzona bezbłędnie Stalińska, ekran ożywa. Śmiejemy się z tej postaci, z jej dosadnego poczucia humoru, rozplotkowania, żeby w finale docenić ją jako być może jedyną sprawiedliwą.

***

Piszę o fabule, piszę o Reymoncie, a czuję, że oczekiwania są inne. Że każdy rozpoczynający tę recenzję, chciałby się dowiedzieć nie tego, o czym to jest, ani – przy całym szacunku – kto w tym filmie zagrał, ale jak to wszystko wygląda. Otóż wygląda bardzo ciekawie. To znowu jest malowidło, w którym twarze postaci ożywają po tysiąckroć, w rytmie nie tylko reymontowskich zmienności pół roku, ale i zmienności klatek, sytuacji, scen. Wszystko to zaś inspirowane wielkim polskim malarstwem impresjonistycznym, realistycznym. Gotowe obrazy, te najsławniejsze, jak „Babie lato” Chełmońskiego, w ogóle cały Chełmoński, ale też Wyczółkowski, Mehoffer, Boznańska, Wyspiański, także Malczewski. Chodzi nie tylko o wykreowanie koherentnego plastycznego świata, ale i zrozumienie odrębności szczegółu, detalu. Zauważenie najdrobniejszego szczegółu. Fotogenia malarstwa: pyłek na nozdrzach Jagny, wzorek na cembrowinie, drzazga na chodaku.

Nie jestem historykiem sztuki, być może dlatego jestem wobec transkrypcji dokonanych przez tysiąc animatorów (nazwałbym ich filmowymi malarzami), pracujących pod kierunkiem Piotra Dominiaka, pobłażliwy. Amator zapomina o doktrynie, kiedy dopada go wzruszenie. Reymont Reymontem, ale ja, oglądając film, co raz przypominałem sobie pocztówki sprzedawane w milionowych nakładach z reprodukcjami Chełmońskiego czy Malczewskiego, szkolne wizyty w muzeach, czy obrazki, kopie ich dzieł, wiszące w tysiącach polskich mieszkań. Tamten romantyzm poprawiał nam nastrój, poprawiał też skromny, PRL`owski wystrój. Dzisiaj jest czymś więcej niż nostalgią. Powrotem do tradycji. Nie chcę pisać „wielkiej” czy „polskiej”, bo nie uważam, że tak to powinno być etykietowane. Tradycja wystarczy. I literacka, i obrazowa. A zawdzięczamy to wszystko malarzom „Chłopów”. Podarowali nam nostalgię, światu – odkrycie tego, co w naszym kręgu kulturowym było znajome, ale dalej już niekoniecznie.

Tak duży projekt wymagał nakładów pracy i wysiłku wielu artystów. DK i Hugh Welchmanowie zgromadzili mistrzów w swoich specjalnościach: od autorów zdjęć – Kamila Polaka (również efekty specjalne), Radosława Ładczuka, Szymona Kuriatę, poprzez animację zespołu pod kierownictwem Piotra Dominiaka, scenografię Elwiry Pluty, kostiumy Katarzyny Lewińskiej, hipnotyzującą muzykę L.U.C.a – Łukasza Rostkowskiego, kończąc na charakteryzacji Waldemara Pokromskiego. Ekipa „Chłopów” liczy kilkaset nazwisk, większość zasługuje na to, żeby pojawić się w recenzji. Potraktujmy więc moją listę jako swego rodzaju reprezentację.

Reymont pisał w „Chłopach”: (…) A dnie przechodziły niepowstrzymanie, narastały kiej te wody płynące z morza wielgachnego, że ani im początku, ni końca wymiarkować, szły i szły, iż ledwie człowiek ozwarł oczy, ledwie się obejrzał, ledwie coś niecoś wyrozumiał, a już nowy zmrok, już noc, już nowe świtanie i dzień nowy, i turbacje nowe, i tak ano w kółko”. I dzień, i noc, i lato, i jesień. Wszystko się zmienia, nic się nie zmienia. Dziewiętnastowieczna polska wieś to Polska właśnie – z „Wesela” Wyspiańskiego i z wesel na wysoki połysk. „I tak ano w kółko”.

Łukasz Maciejewski

Źródło: Interia

Skip to content