KAJTEK CZARODZIEJ

„Kajtek Czarodziej”, reż. Magdalena Łazarkiewicz, muzyka: Mary Komasa, Antoni Komasa-Łazarkiewicz (98 min.)

Opowieść o magicznym świecie dziecięcej wyobraźni, dorastaniu i ulepszaniu świata w lekki sposób oddaje najważniejsze skarby filozofii Janusza Korczaka: każde dziecko należy kochać, respektować jego granice i pozwalać mu marzyć! Chyba każde dziecko pragnie posiadać czarodziejskie moce. A co, kiedy to marzenie się spełni? Kajtek, nastoletni chłopiec o wyjątkowo krnąbrnym usposobieniu, wychowuje się z tatą i babcią. Klasowy psotnik pewnego dnia odkrywa w sobie nadnaturalne umiejętności. Niecodzienny talent w połączeniu z niesfornym charakterem chłopca oznaczają spore kłopoty nie tylko dla szkoły, ale i dla całego miasta. Czarodziejskie moce przejmują bowiem kontrolę nad życiem Kajtka, który od teraz rozprawia się zarówno z nielubianymi nauczycielami, jak i całą szkolną społecznością, zdobywając sympatię i sławę wśród rówieśników. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy o obdarzonego magicznymi zdolnościami chłopca zaczynają rywalizować siły dobra i zła. W którą stronę pójdzie młody czarodziej?

 

RECENZJA ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO

KRÓL KAJTEK PIERWSZY

„KAJTEK CZARODZIEJ”

reż. Magdalena Łazarkiewicz

 „Nie wolno zostawiać świata takim, jakim jest”. To zdanie z pism Janusza Korczaka, jedno z wielu ważnych zdań, które mu zawdzięczamy, pasuje do filmu „Kajtek czarodziej” Magdaleny Łazarkiewicz. Nie wolno.

Świat można natomiast zmieniać, modelować, wykrzywiać, albo ulepszać. Ulepszyć świat – to najtrudniejsze wyzwanie. Kino Magdaleny Łazarkiewicz, tak przecież różnorodne i niejednoznaczne, jest, jeżeli głębiej się zastanowić, ciągłym upominaniem się o ulepszanie świata. Towarzyszy temu przykazanie: „nie wolno”.

„Nie wolno”, mówiła nam Magda Łazarkiewicz, kiedy w jej debiutanckim „Przez dotyk” bohaterki stawały się jednością. Nie wolno tego postponować. Tak samo w „Białym małżeństwie” – prawo do inności płci stawało się prawem człowieka do bycia sobą. W jej „Ostatnim dzwonku” – pieśń Asnyka, „miejmy nadzieję nie tę lichą marną”, pieśń prowadząca po latach do zwycięstwa opozycję w ostatnich wyborach, była również tym samym korczakowskim zaklęciem: „nie wolno zostawiać świata takim, jakim jest”. Tak było także w „Odjeździe”, w wybitnym serialu „Głęboka woda”, w „Powrocie”.

Nie wolno rzeczywistości ignorować. Trzeba próbować dawać rzeczy słowo, nazywać po imieniu dobro, albo zło. I jeszcze mieć odwagę mówić głośno: „nie wolno”.

Film korczakowski z ducha? Co to dzisiaj znaczy? Może tyle, co mądry, ale nieegzaltowany, dedykowany dzieciom, ale istotny również dla dorosłych. Ja oglądałem „Kajtka czarodzieja” w towarzystwie mojej mamy. Dwa różne pokolenia, ale wspólne poczucie, że film jest historią adresowaną dla nas. Zwycięstwo ponad podziałami.

Historia chłopca, który potrafił czarować, mniej ma wspólnego z Harrym Potterem, więcej ze świadomością, że same czary nie wystarczą. Rzeczywistość daje się poprawić, ale tylko wtedy, kiedy włożymy w to realny, nie czarodziejski, wysiłek. Kiedy „nie zostawimy świata takim, jakim jest”.

***

Dwie równoważne perspektywy: perspektywa widza dziecięcego i widza dorosłego. Łazarkiewicz ze swoją ekipą zadbała o obie grupy. Dziecko zobaczy w „Kajtku czarodzieju” barwne widowisko kreacyjnie sfotografowane przez Rafała Paradowskiego – emocjonującą historię chłopca, małego czarodzieja, i jego świata, który chociaż zanurzony w przeszłości, jest wciąż światem realnym, bliskim każdemu dziesięcio- czy dwunastolatkowi.

Dorosły widzi ten film inaczej. Nie głębiej może, ale inaczej. Dialogujemy z „Kajtkiem” na innej płaszczyźnie. Doceniając warsztat reżyserski, pracę operatora, scenografki, Anny Mocny, wirtuozki kostiumów, Doroty Roqueplo, czy kompozytorską wirtuozerię duetu Mary Komasa i Antoni Komasa-Łazarkiewicz; czujemy, że film staje się wnikliwą diagnozą drogi ku wolności.

Bohaterowie filmu: Kajtek, jego babcia grana przez samą Maję Komorowską, czy zagubiony ojciec w pięknej kreacji Grzegorza Damięckiego, otrzymali pewien zestaw ról do zagrania. Życiowych, nie filmowych. Tak to wymyślił Korczak, tak tego nie potraktowała reżyserka. Chodzi bowiem o to, żeby się z tych ról wyłamywać. Spróbować nazywać rzeczy po imieniu, po to, żeby zrozumieć, że każda ułomność jest również siłą, każda wada – może być zaletą. Ojciec dostrzega wyjątkowość syna, babcia prawdę o żydowskiej przeszłości, a sam Kajtek znikomość wagi czarów wobec cudu realnej siły tworzenia. Podobną trajektorię sensów pokonują niemal wszyscy bohaterowie filmu.

Najgorzej jest się zastać, czekać na czary, na cud. Czekać na nic. I przeżyć nic. A przecież – „nie wolno zostawiać świata takim, jaki jest”.

Po seansie „Kajtka czarodzieja” poczułem się silniejszy.

***

Kajtek to typ czarującego łobuziaka. Żaden z niego prymus, żaden też urwis. Jest inny. Widzi

więcej, dostrzega szerzej. Nasze kino zna niewielu takich bohaterów.

Trafnie obsadzony Eryk Biedunkiewicz gra tę rolę z błyszczącymi oczami. Życie dzieciaka to

fantazja. Czaruje, bo wie, że potrafi. Czaruje, ponieważ podejrzewa, że jego przeszłość, przeszłość jego rodziny, nie była wcale czarująca. U Korczaka świadomość dziecka pojawia się w momencie, kiedy po raz pierwszy (kolejny), doświadcza przenikania się dobra i zła. I w końcu, po wielu nieudanych próbach, potrafi już to nazwać. To jest dobre, a tamto złe. Jestem silny, jestem słaby.

W filmie siły zła są atrakcyjne. Mroczne, diaboliczne, tajemnicze. Dzieci lubią się bać, dorośli zresztą też. Tyle, że to atrakcyjne zło, zło na które mamy znikomy wpływ, w końcu okazuje się zdradzieckie. Czary nie pomogą w ukojeniu smutku, w rozgrzeszeniu win, również tych niepopełnionych, win przodków i wrogów, jedynym w gruncie rzeczy antidotum w tym starciu staje się dobro. Gra w dobro. Jest to gra o najwyższą stawkę – i w tym znaczeniu, „Kajtek czarodziej” staje się filmem bardzo współczesnym i uniwersalnym, wpisującym się w gorącą tematykę politycznych i społecznych antagonizmów, obietnic bez pokrycia i przekrętów bez konsekwencji.

„Kajtek” jest o nas, o naszym świecie. Bajka o dojrzewaniu jednego małego chłopca wybrzmiewa jako przypowieść o dorosłości. Przypowieść o podejmowaniu decyzji i wzięciu za te decyzje odpowiedzialności.

***

Twórczość Magdaleny Łazarkiewicz nie kojarzy się z kinem familijnym czy młodzieżowym – ale przecież kultowy, pokoleniowy „Ostatni dzwonek” stał się lekturą obowiązkową dla kolejnych roczników młodych, bardzo młodych ludzi, nastolatków wchodzących w dorosłość z przekonaniem, że wolność jest wartością, której nie pozwolą sobie odebrać. Ten sam cel przyświeca także Kajtkowi, chociaż jest to jeszcze cel nieuświadomiony.

„Kajtuś czarodziej” Janusza Korczaka, był, jak wspomina reżyserka, jedną z jej najważniejszych lektur i z planem adaptacji tej powieści, być może nie tak znanej jak korczakowski „Król Maciuś Pierwszy”, ale równie ważnej, nosiła się od dawna. Najpierw chciała ten film nakręcić dla swoich dzieci: córki Gabrieli (dzisiaj reżyserki i scenarzystki – m.in. „Zielonej granicy”) oraz syna Antoniego (znakomitego kompozytora). Nie udało się. Nieodzowne w filmie efekty specjalne, były wówczas za drogie, Łazarkiewicz odczekała całe lata, ale nie zrezygnowała z pomysłu. Dzisiaj film może dedykować wnukom, lecz nie tylko im.

„Kajtek…” jest, jak wspominałem, tytułem dla wszystkich, dla każdego. Dla wszystkich wierzących w czary, ale i wierzących w nieczarodziejską siłę dobra.

Przyjrzyjmy się profilom głównych bohaterów. Kajtek i jego szkoła, nauczyciele (świetna Karolina Gruszka), koledzy, i dom, przede wszystkim dom.

Dają sobie miłość, chociaż to wszystko takie jest trudne. Dają zaufanie, chociaż wiedzą, jak wiele rzeczy w tym domu zostało przemilczane, zagłuszone, nieopowiedziane. Ojciec w interpretacji Grzegorza Damięckiego, zadziwiony zmieniającym się synem, światem syna, jego czarami, niestabilnością emocjonalną, sam pozostaje drżącą wierzbą, szukającą wyjścia z sytuacji, dorobienia, zarobienia, utrzymania rodziny. Utrzymania w tym samym miejscu, w tym samym domu, w którym kiedyś żyła i eksperymentowała jego żona. To wszystko ma oczywiście również znaczenie metaforyczne. Odpowiedzialność za dziecko, odpowiedzialność za słowo. Korczak pisał: „Nie ma dzieci – są ludzie; ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć. Pamiętaj, że my ich nie znamy”.

Babcia chce przede wszystkim czuwać nad wspólnotą, domowym ogniskiem. Ma być ciepła zupa, ciepłe słowo, ale nie naiwne – słowo prawdy. Nikt w polskim kinie nie uwiarygodni tego ciepła (zupy i słowa) tak pięknie jak Maja Komorowska. Pamięć żydowskiego pochodzenia, pamięć mamy, i biedy, jeszcze większej biedy, to jest pamięć pokolenia, które nie potrafiło zapomnieć.

Można próbować przebaczyć, to się czasami udaje, ale nie zapomnieć.

***

„Kajtek czarodziej” jest także widowiskiem filmowym. Reakcje młodych widzów na pokazach przedpremierowych są tego najlepszym dowodem. Dzieciaki śmieją się, płaczą. Kostium historyczny niczego nie zmienia. Chcą być jak Kajtek, jak czarodziej.

„Wychowawca, który nie wtłacza, a wyzwala, nie ciągnie, a wznosi, nie ugniata, a kształtuje, nie dyktuje, a uczy, nie żąda, a zapytuje, przeżyje wraz z dzieckiem wiele natchnionych chwil, łzawym wzrokiem nieraz patrzeć będzie na walkę anioła z szatanem, gdzie biały anioł triumf odnosi” – pisał Janusz Korczak w „Jak kochać dziecko”.

Pomyślałem o Magdzie Łazarkiewicz, o jej filmie. O artystce z ducha Korczaka, mądrej nauczycielce wolności. Dla małych i dorosłych. Dla wszystkich czarodziei.

Łukasz Maciejewski

Źródło: Interia

Skip to content